Skoro to taka modna choroba, to i ja postanowiłem „pochwalić się” jej przechorowaniem w listopadzie. Na początku myślałem, że to zwykłe przeziębienie: zaczęło się od gorączki, ok. 38,4°C. Ponieważ nie było żadnych innych objawów, poza oczywiście pogorszeniem samopoczucia wynikającym z gorączki, to mnie utrzymywało w ciągłym przeświadczeniu że to przeziębienie. Po trzech dobach nieco się zdziwiłem, że gorączka dalej nie odpuszcza. Po piątej dobie zdziwiłem się jeszcze bardziej tym, że dalej nie odpuszcza 😀
Żona zaordynowała: najwyższy czas wziąć Viregyt K, który mieliśmy od początku, ale ponieważ objawy były takie, jak przy zwykłym przeziębieniu, to kto by go marnował na przeziębienie? Był przewidywany na tego straszliwego Covida, co to ani ręką ani nogą ruszyć nie można a i śmiercią może się zakończyć… Dodatkową przesłanką do rozpoczęcia kuracji tym lekiem był zanik węchu i smaku, i to taki właściwie całkowity: przy sprzątaniu kuwety kota, gdzie często odór amoniaku rozkładającego się moczu z rozkruszonej grudy żwirku jest prawie nie do zniesienia okazało się że w ogóle nic nie czuję 🙂 To akurat było fajne w tym przypadku. Gorsze to, że jedzenie smakowało jak gąbka bez żadnego smaku.
Tak więc rozpocząłem kurację z grubsza zgodnie z zaleceniami dra Bodnara Jak leczy się Covid-19 no a przede wszystkim żony 🙂 Po upływie mniej więcej doby od rozpoczęcia kuracji nie było już zbytnio potrzeby dalszego brania ibuprofenu: temperatura spadła na tyle że nie psuło to zbytnio samopoczucia. Po upływie kolejnych kilku dni zaczęły stopniowo wracać smak i węch. Faktem jest, że dość długo trwało, chyba ok. 2 tygodni, zanim wróciła z grubsza pełna forma fizyczna – sprzed choroby.
Tak więc nie czuję się uprawniony do wyciągania wniosków na takiej podstawie czy Amantadyna działa czy nie, bo nie jestem w stanie stwierdzić, czy choroba już sama zaczęła przechodzić, czy też pomogła Amantadyna. Zostawiam to praktykom z doświadczeniem i specjalistom, takim jak dr Bodnar. Faktem jest, że wszystko wróciło do normy i to najważniejsze.
Oczywiście wraz ze mną chorowały wszystkie osoby z rodziny w domu. No i nasilenie objawów dokładnie potwierdzało to, co już wiadomo wszem i wobec od wielu miesięcy: im młodsza osoba, tym krótszy i łagodniejszy był przebieg choroby. Z kolei u żony był łagodniejszy niż u mnie. To też potwierdzają wyniki badań: statystycznie mężczyźni przechodzą tę chorobę ciężej niż kobiety w zbliżonym wieku i o podobnym stanie zdrowia.
W każdym razie jestem bardzo szczęśliwy z powodu przechorowania: teraz już nikt nie wciśnie mi kitu, jaka to jest straszliwa choroba… Rozumiem, że być może osoby o słabym zdrowiu mogłyby potencjalnie ciężej ją przechodzić, ale przy słabym zdrowiu każda choroba jest groźna. Ponadto mogę już teraz z czystym sumieniem odwiedzać każdego i zawsze, bo przechorowanie zakażenia koronawirusem danego typu wg badań daje odporność szacunkowo na kilkanaście lat, więc nie można po przechorowaniu ani zachorować ponownie ani przenosić tej choroby w tym czasie.
To, że rząd warszawski uznał, że np. wynik wykazujący odpowiedni poziom przeciwciał lub pamięci komórkowej po przechorowaniu nie jest uznawany za dowód odporności na Covid-19 oczywiście jest skandaliczne jak większość innych jego decyzji w tym zakresie. Liczą się natomiast fakty, a nie test PCR, który zgodnie z opinią jego twórcy nie nadaje się do diagnostyki.
Aha, no i podsumowując, dziękuję żonie że jak zwykle była „na posterunku” i dzięki niej wszystko szybko i dobrze się skończyło 🙂 Co my byśmy zrobili bez tych naszych żon 😉